MoKo luty 2012
Wyjazd zaczął się nerwowo. Najpierw w Peugocie zaczęło cieknąć paliwo z pompy (okazało się że poniżej -20 się trochę rozszczelnia ...). Potem jeszcze przygniotła nas logistyka. Do Dzianisza po dziabki, zostawić klucze u Justyny, wypłacic pieniądze... Będąc już na drodze z Cyrhli na Łysą Peugot postanowił ustawić się bokiem i wbić w zaspę. Próby najpierw odkopania, potem podniesienia na lewarku, następnie podłożenia pod koła gałęzi, wycieraczek itd. zakończyły się sukcesem. We wtorek o pierwszej w nocy zameldowaliśmy się w Starym Schronisku.
Rano byłem wykończony. Jaca wypoczęty i zaaklimatyzowany (siedział w górach już tydzień) wyprzedzał mnie na podejściu a ja zgrzytając zębami czułem że nie bawię się świetnie i nie jestem właściwym człowiekiem we właściwym miejscu i czasie. Na szczęście wejście w ścianę zmieniło stan ponurej rezygnacji w euforię.
"Rysa Strzelskiego" to naprawdę ładna droga... Po wspinaniu ledwo dowlokłem się do schroniska...
Kolejny dzień był dniem odpoczynkowym. Wyspalismy się wreszcie. Ja się zregenerowałem po piątkowo-sobotnich sesjach treningowych na bulderowni ,poniedziałkowym rajdzie na biegówkach do Morskiego Oka i wtorkowym wspinaniu. Ponieważ trudności (piątkowe) Rysy Strzelskiego wydały nam się niezbyt ekstremalne postanowiliśmy uderzyć na coś trudniejszego. Miało to być niezbyt długie - tak żeby nie trzeba było potem restować. Skierowalismy swoje myśli ku
"Loteryjce" na kotle WCK. Droga krótka (tak ze 120-150 metrów), trudna, ale nie za bardzo (M6+). Dodatkowo kończy się górną częścią imponującego lodospadu (sopla), który zimą powstaje w miejsce Dymiącej Wody. No i obiło mi sie o uszy w rozmowie z autorem drogi (Jarek Woćko), że asekuracja jest spoko...
Po skierowaniu myśli przyszła kolej na skierowanie kroków. Naparliśmy. Pierwszy wyciąg (za IV) poprowadził Jaca. Potem ja zrobiłem krótki drugi (za około V) wyprowadzający na wygodną półkę z doskonałym stanowiskiem. Trzeci wyciąg (M6+) nas konkretnie przytrzymał... Było krucho, asekuracja do dupy i w dodatku trudno... Po wbiciu kaprawej v-ki, potem jedynki, potem drugiej (beznadziejnej) jedynki i założeniu słabej kości (za "ząbek") udało mi się zamotać wreszcie dobry przelot (kostka). Po założeniu przelotu kępka trawy,w którą miałem wbitą dziabkę postanowiła że nie będzie mnie już utrzymywać... Lot był krótki i należy go rozpatrywać w kategoriach przysiadu, ale onsajt poszedł się gwizdać... Podszedłem jeszcze kawałek, wbiłem kiepską śrubę do trawy i nie odnalazłem w sobie psychy aby kontynuować walkę z przewieszonym, kruchym murchem. Błagalny wzrok proszący o zmianę, dowachanie się do stanowiska i już szpei się Jaca.
Nie wiem jak długo nie było Jacy. Według mnie trwało to ze trzy godziny, Jaca twierdzi ze 2 ;-). Tak czy inaczej po dłuższej chwili Jaca schował się przed pyłówkami na stanowisku w grotce za kurtyną lodową. Stanowisko było super, ale na dworze zaczynało się już ściemniać, więc powiększyłem sobie okienko w grotce i wyszedłem na lód. Ten wyciąg był nagrodą za cierpienia jakich dostarczyły poprzednie. Łatwe (WI3) wspinanie w spionowanym, a potem coraz bardziej leżącym lodzie w totalnej ekspozycji jaką daje wiszący 100m nad podstawą ściany sopel. Drogę zrobilismy w stylu RK (nie wyciągnęliśmy liny z przelotów po moim odpadnięciu), straciliśmy na niej v-kę, jedynkę (zostały w ścianie), rynnę (spadła) i telefon Jacy (nie wiemy gdzie spadł). Zrzuciliśmy szereg większych i całkiem dużych (telewizor Rubin) kamieni. Niektóre przyjmując na kask (toster). 4 wyciągi zajęły nam cały dzień i generalnie czuliśmy, że dostaliśmy niezłe manto. Wszystko to przy ponad 20 stopniowym mrozie.
I tak kolejny dzień przeznaczyliśmy na regenerację nadwątlonej psychy (okazało się że Alek z Jackiem zdziwili się na Korosadowiczu na Kazalnicy i robili go dość długo) i soma co nieco zyskała (zjechałem na biegówkach do Łysej Polany, a następnie wbiegłem do Moka z piwkiem). Dzień odpoczynkowy dał nam też czas na zasięgnięcie języka w zakresie wyboru następnego celu ,albowiem przeczuwaliśmy że z poprzednią drogą daliśmy się szpetnie wpuścić. Sami sobie z resztą.
Wybór padł na
"Orła z Epiru" na Kotle Kazalnicy. I to był strzał w dziesiątkę. Było lito, asekuracja super, obok koleżanki robiły
"Długosza-Popkę" więc było i miłe towarzystwo.
"Orzeł" okazał się bardzo fajną drogą w estetycznych formacjach. Załoilismy go z Jacą OS i bez przygód. Zimna (znowu -22) nie czuliśmy.
Potem już tylko spanie, zjazd na biegówkach z ciężkim worem do samochodu i zabiegi resuscytacyjne najpierw na fordzie Jacka Kierzkowskiego, a potem na moim Peugocie.
Wyjazd był super i warunki ścianowe były zupełnie w porządku. Śnieg był osiadnięty i nie było lawiniasto, a przy bezwietrznej pogodzie nie odczuwaliśmy dotkliwie ponad 20 stopniowych mrozów.
>>