| instruktorzy.waw.pl | |
|
Bergell 2003
Bergell to fantastyczny rejon alpejski na pograniczu Szwajcarii i Włoch.
Wyjazd w roku 2003 był pechowy pod względem sportowym. Po pierwsze na tydzień przed wyjazdem
opuścił mnie mój partner. Na szczęście dziewczyny (Dorota Czamara i Sylwia Gutkowska) przyjęły
mnie do swojego teamu. Po drugie udało się nam wspiąć tylko trzy drogi i to zupełnie nie te,
które planowaliśmy. Po trzecie pobyt był bardzo krótki - spędziliśmy tam tylko tydzień. Resztę
wyjazdu spożytkowaliśmy na wspinanie w Vercors i Hoellenthall-u, uciekając przed totalnym załamaniem
pogody. Wyjechaliśmy na przełomie sierpnia i września. Po długiej podróży nieodżałowaną Toyotą
Cariną wylądowaliśmy późnym wieczorem w Bondo. Krótkie zakupy, rekonesans i decydujemy się na
nocleg w okolicach Piz Badile, w Bondasce. Opłaciliśmy przejazd drogą i w zupełnych już ciemnościach
dojechaliśmy do parkingu. Noc spędziliśmy w lesie niedaleko samochodu. Bardzo wczesnym rankiem zwinęliśmy
namiot i zjedliśmy śniadanie.
Fakt ten miał jak się okazało kluczowe znaczenie. Już miałem przyrządzić jakąś zupkę z dalekiego kraju na wschodzie
, gdy Dorotka z tryumfalnie obwieściła, że znalazła knedle truskawkowe, przyrządzone przez jej Babcię. Mieliśmy je
zjeść w drodze, ale gdzieś się zapodziały. Okazało się, że leżały na samym wierzchu - koło szyby.
Rozpakowaliśmy je i rozpoczęliśmy spożycie. Sylwia wzięła pierwszego knedla i przebiła widelcem. Rozległ się cichy,
ale wyraźny syk uchodzących z potrawy gazów. Ugryzła kęs, przeżuła i oznajmiła, Że zje sobie zupkę.
Idealnie. Podzieliliśmy z Dorotką między siebie żarełko i po chwili było po śniadaniu. Przepakowaliśmy wory i rozpoczęliśmy
podejście. Kończąc pakowanie poczułem lekką słabość i zawroty głowy. W zasadzie, to się kurczę coś słabo czuję...
Odrzuciłem te defetystyczne myśli, zarzuciłem ciężki wór na plecy i ruszyłem. Dziewczyny wyszły parę chwil przede mną.
Miałem jeszcze kilka rzeczy do doładowania do wora, a na podejściach i tak jestem szybki...
Szedłem leśną drogą, powoli pnącą się w górę, ale coś kurcze blade nie mogłem Sylwii dogonić...
Ogólnie to jakoś się do dupy czułem... A nieee, jest okej. Wydaje mi się. Już je doganiam. O! Dorotkę mijam.
Dorotka stała z wielkim worem oparta o skałę i rzygała obficie. Patrzyłem na nią zafascynowany. Zrzuciłem wór i po chwili
poczułem zew Fekala. I to nie taki delikatny, jak po kawie, czy papierosie. Był to zew stanowczy i kategoryczny.
Nakazywał bezzwłoczne odnalezienie ustronnego miejsca. Już ! Po chwili pojawiła się Sylwia. Oboje z Dorotką rzygaliśmy na potęgę.
W ciągu godziny doprowadziliśmy się do stanu w którym nie byliśmy zdolni wstać o własnych siłach. Sylwia zwlokła nas, a poten wory
tylko sobie znanym sposobem na dół do samochodu. Wsadziła do Toyoty i ruszyła w dół do Bondo. Samej podróży dobrze nie pamiętam,
Pobytu na kampie w Bondo również. Pamiętam tylko leżenie na karimacie, lekarza z którym Sylwia konsultowała mieszanką angielsko - włoską
nasz przypadek. Pamiętam też zaleconą przez doktora coca-colę i słone paluszki. Dopiero późnym popołudniem przestaliśmy zwracać
wszystkimi otworami. Próba wstania z karimaty kończyła się blackoutem i siadem z powrotem na dupie. Pod wieczór byłem w stanie wstać i ewentualnie
spożyć coś bez sensacji. Następnego dnia dochodziliśmy do siebie. W tym stanie nie widziałem nas na Cassinie. Postanowiliśmy wykurować się
i powspinać w sąsiedniej dolinie, w Albignie. Wjechaliśmy tam kolejką za jedyne 9 ojro od sztuki. Kolejka linowa nie przypominała kolejki
w sensie Kasprowego. Bardziej przypominała windę. Jeszcze w takiej lufie nie jechałem... Zadowoleni, że zaoszczędziliśmy na podejściu
i tak mocno nadwątlonych sił, znaleźliśmy po około dwóch godzinach fantastyczne miejsce na nocleg. Było w miarę płasko, była woda, był piękny widok
i była koleba w której można było trzymać rzeczy, których nie chce się trzymać w namiocie. Był też już drugi dzień totalnej lampy, a
my jeszcze się nie wspięliśmy. Na następny dzień zaplanowaliśmy krótką drogę na Piz Dal Pal. Czułem się jeszcze bardzo słaby.
Kolejny słoneczny poranek. Lampa, biegniemy pod ścianę. Czuję się już znacznie lepiej. Ba, żołądek mam pusty. Jestem lekki jak piórko.
Szybkie podejście i wspinamy się. Dróżka jest śmieszna, łatwiutka i krótka. Pierwszy wyciąg o trudnościach VI obity jest spitami.
Prowadzę go, poznając się z Bergelowym rajbungiem. Fantastyczne wspinanie. Reszta już na własnej, ale trudności tylko miejscami sięgają V.
Granit rewelacyjny. W dole lodowiec, w koło ośnieżone szczyty. Po 120 metrach wierzchołek. Ostra iglica, przy której Mnich to boisko.
Siedzimy sobie na piku i zjeżdżamy. Postanawiamy, że to na dzisiaj koniec.
Kolejny dzień totalnej lampy. Idziemy na Spazzacaldeirę na Via Fellici. Trochę dłuższa (350m) i trudniejsza. Pierwszy wyciąg - piątkowy
w totalnym bezchwyciu. Wytchnieniem jest piękna żyła kwarcu, gdzieś na dwudziestym metrze. Podzieliliśmy się z Sylwią prowadzeniem tak,
że ona poprowadzi wyciągi w płytach (6a+), a ja zajmę się rysami o takich samych trudnościach. Płyty, mimo obicia okazują się być trudne.
Sylwia przechodzi je czysto. Teraz kolej na mnie. Pierwsza rysa, szóstkowa. Piękna, dość szeroka. Na klinowanie. Kolejny wyciąg - piękny dulfer
po granitowych waflach. Jeszcze kolejny - dość trudne wspinanie w przewieszonej rysie. Tylko humor psują bolty wbite przy doskonale
asekurowalnej rysie. Swoje trzeba dokładać, ale to nie to... Kończymy drogę dość szybko i zjeżdżamy. Bardzo ładna.
Poczuliśmy się rozwspinani i postanawiamy wspiąć coś poważniejszego. Wybór pada na niezbyt trudną Via Steiger na Punta d' Albigna. Trudności 5c+,
czyli w okolicach naszego V+/VI. Większość zespołów kończy drogę po przełojeniu ściany czołowej filara, zjeżdżając z efektownej grani
na drugą stronę (po połączeniu z Tempi Moderni). Nad granią jednak wznosi się jeszcze imponująca kopuła szczytowa oferująca kolejne 250m wspinania
o trudnościach V+. Wstajemy rano i klucząc wśród bardzo wartkich lodowcowych potoków podchodzimy pod ścianę. Pierwsze wyciągi są łatwe. Niestety
przed nami w drogę wbił się zespół wspinaczy z Niemiec. Puszczamy ich przodem. Ruszamy w trójkę. Wyprzedzamy na raty, zakładając
obok stanowiska z friendów i kości. Czuję się naprawdę dobrze. Pierwsze 10 wyciągów przemykamy w dobrym czasie. Umówiliśmy się z Sylwią,
że oddam jej kluczowy wyciąg. Z żalem oddaję prowadzenie. Sylwia prowadzi kolejne wyciągi aż do grani. Grań jest piękna. Przewiązujemy się na
niej ponownie. Trawersuję ją w ekspozycji.
Z za pokonanego przed chwilą filara wyłania się jezioro. Po drugiej stronie lodowiec. Czas mamy dobry. Tutaj możemy już zakończyć wspinanie
i zjechać. Patrzymy na kłębiące się chmury. Może być burza... Decyzja brzmi - napieramy, ale szybko.
Pędzę do góry. Skała jest tu już gorsza niż na dole. Kruszyzna, trudniejsza asekuracja. Na stanowisku mijam zespół. Pytanie "Ile liny"
i decyzja, że założę stan wyżej. Zemściło się na mnie. Stanowisko wypadło niewygodne słabe. Na dodatek sobie trochę linę przesztywniłem.
No ale czas się liczy, bo cumulusy robią się powoli granatowe. Kolejne wyciągi i nerwowe spoglądanie na chmury. Problem polega na tym, że nasz
wierzchołek to taka fajna iglica o wysokości ok. 2700m. Jak w coś mają walić pioruny, to chyba właśnie w takie pipanty...
Szczytujemy. Robimy sobie fotki. Jesteśmy zadowoleni. Patrzę na zegarek. O kurcze. Fajnie, W trójkowym zespole zrobiliśmy prawie 700m
ściany w niecałe 8 godzin. Drugi zespół też szczytuje. Niebo jest sine i zaczyna się wzmagać wicher. Tamci pytają, czy mogą pierwsi jechać.
Ależ proszę. Zjazdy, zjazdy, zjazdy. Klinująca się lina, ale wszystko w porządku. Po ostatnim zjezdzie rozpętał się mały Armageddon.
Pioruny waliły wszędzie. Potoki, które i tak były bardzo wartkie zamieniły się w rwące rzeki, przez które trzeba się było jakoś przeprawiać.
Dorotka wpadła podczas przeprawy w taki potok i trochę ją pomielił...
Powrót do namiotu był przygodą samą w sobie. Noc po wspinaniu też była konkretna. Zastanawiałem się chwilami, czy za moment nie polecimy w trójkę
w naszym namiocie gdzieś w dół, jak na paraglajcie...
Ranek był zimny, mglisty i deszczowy. Nie przejmujemy się, bo i tak mieliśmy restować. Kolejny dzień podobny. zjeżdżamy na dół kolejką i zmieniamy
miejsce pobytu. Jesteśmy z powrotem w Bondasce i podchodzimy pod Sciorę. Tutaj biwakowanie jest zabronione, więc poniżej schroniska, w modrzewiowym
lasku znajdujemy dyskretne i ustronne miejsce na biwak. Dzień jeszcze młody i pogoda zrobiła się nienajgorsza. To już wrzesień i jest chłodno.
Namawiam dziewczyny na podejście pod Piz Gemeli na filar Żelazka. Jesteśmy zmęczeni podejściem z ciężkimi worami. Dziewczyny mówią, że nie będą się wspinać.
Na wszelki wypadek załadowałem szpej do plecaka i wbiegliśmy na górę. Nowa dolina, nowe piękne widoki. Po prawej Piz Badile i Cengalo w pełnej krasie.
Próby namówienia na wspinanie spełzły na niczym - dziewczyny są jednak zbyt zmęczone, a jest już 13.00 - Aby zrobić przed zmrokiem filar Żelazka trzebaby
się trochę sprężyć. Biegnę po zgładach lodowcowych obejrzeć sobie start w drogę. Pewnie jutro tu pójdziemy, bo w schronie dowiedzieliśmy się o nadciągającym
totalnym załamaniu pogody. Mijam poczatek lodowca z respektem patrząc na stromiejący gwałtownie nademną icefall oświetlany właśnie słoneczkiem.
Wbiegłem szybko na ostrogę Żelazka i w łatwej wspinaczce osiągnąłem właściwy start w drogę. Po powrocie okazało się, że tylko gdy zniknąłem za
ostrogą z icefalla wytopił się głaz wielkości ciężarówki i rozbił się z hukiem o zgłady po których biegłem. Podobno huk był nieziemski.
A ja nic za winklem nie słyszałem :-(
Schodzimy do namiotów. Ranek niestety wita nas delikatnym opadem śniegu i olbrzymim stadem owiec, które otoczyły nasz mini obóz.
Pogoda psuje się i co gorsza nie widać perspektyw na poprawę. Po długich analizach materiału meteo wyruszamy w długą podróż
do Francji - do Vercos. Ale to już zupełnie inna historia...
|
AKTUALNOŚCI 2008-01-03 Janek Appelt i Wojtek Michalski wspięli się 600-metrową północną ścianą Tułowia Rycerza, kombinacją dróg Hajdukiewicza i Wielkiego Komina. 2007-08-05 W
ramach wyjazdów weekendowych w lipcu i sierpniu wspięliśmy
(Sylwia Gutkowska,
Ewa, Wojtas Michalski, Tomek Obtułowicz i Jacek Obmiński) kilka
krótkich dróżek w
Tatrach, a mianowicie: 2007-07-05 W lipcu w ramach kursu taternickiego i stażu wspinaliśmy się (Jacek Patrzykont, Wojtek Michalski) w Dolomitach, Hoellenthallu i w Tatrach. Oprócz dziesięciu łatwych (IV do V+) dróg kursowych wspięliśmy z Jackiem dwie krótkie (5 i 2 wyciągi) drogi o trudnościach VII i VII+ 2007-03-01 - 2007-10-20 Podczas wyjazdów relaksowych w rejony takie jak Kalymnos, Jura i Sokoliki poprowadziliśmy RP m.in.: Zwierciadełko VI.3 (Wojtek Michalski i Sylwia Gutkowska), Pajączki VI.3 (Wojtek), Krakowskie Pieczywo VI.3 (Sylwia), Spitfire VI.3 (Sylwia), Eskadrę VI.4 (Sylwia), Nestorasa 7a (Wojtek), Kastorasa 7a (Wojtek), Ambrożego VI.3 (Sylwia i Wojtek). Ponadto w stylu OS i FLASH pokonaliśmy drogi: Leystrygon 6c+(?), Iliada 6c+, Ferdydurke VI.2+ i wiele innych.
|
| Janek Appelt Sylwia Gutkowska Wojtek Michalski Tomek Tokarz | |
| (c) Warszawska Szkoła Alpinizmu 2008 | mailuj: kursy@instruktorzy.waw.pl | dzwoń: 502-344-720 | |